06.10.2016

01

„Pierwsza noc”

Jak o tym wszystkim myślała, to nie wiedziała, czy zalać się łzami, czy śmiać i też przy okazji wyć jak bóbr.
Przerastało ją to; noc wcale nie dawała jej ukojenia, a wręcz przeciwnie. Nie potrafiła odnaleźć się w tym całym syfie. Tłukła się z boku na bok i kiedy postanowiła wreszcie zamknąć ślepia, to gdy je uchylała – przy okazji kierując zmęczone spojrzenie na ścienny zegar – to z zawodem przyjmowała fakt, że minęły jakieś dwie-trzy minuty. A jej wymęczone ciało mogłoby przysiąc, że zleciały z dwie-trzy, ale godziny, nie minuty.
Z nerwów zaczęła gryźć skrawek koca z niesmakiem zauważając, że zęby zaczynały jej trzeszczeć przez to. Chociaż z dwojga złego wolałaby, żeby bolały ją zęby, aniżeli powracały do niej brudy przeszłości.
Prychnęła, wżynając jak wiertarka wzrok w ciemny sufit. A zaraz potem na ścianę i na końcu na kaloryfer. Nikt nie potrafił dać jej odpowiedzi na nurtujące ją – zresztą też i sprzeczne same w sobie – pytania. Niestety, wyczerpała limit „krajobrazów” podczas przewracania się na boki. A na brzuch przekręcać się nie chciała, bo jeszcze jako tako ceniła sobie życie, a dusić się w poduszce nie chciała.
Jeszcze.
Nienawidzę cię. Znowu przez ciebie nie mogę spać po nocach! Może jeszcze do mnie napiszesz w nocy, co?! Bo może pomyślisz sobie: „Ona to nie śpi, dalej zapewne czeka na mnie z lampką wina i masą kotów pod nogami. Trzyma na pewno moje zdjęcie obok łóżka, a na dobranoc całuje, hehe.”?! A żeby cię drzwi ścisnęły, draniu jeden!
Jak na zawołanie komórka zaczęła wibrować. 
Jako że Juvia w myślach rozprawiała się z „powodem” jej rozterek, przestraszyła się jak diabli zagadkowego sygnału. 
Musiała uspokoić wystraszone serducho jak i drżące ciało, które nie chciało za nic słuchać. Jak zwykle, no bo kto potrafił na zawołanie przywołać swoją duszę jak i jej „skorupę” przywołać na komendę do porządku? Chyba jakiś święty.
Juvia wstała, czując, że tak będzie lepiej jej przyswoić wiadomość, jaką dostała niedawno. Zmusiła niemal umysł do tego, by wytrzeźwiał z tych trywialnych myśli i w spokoju mógł przyswoić kolejne informacje. 
Loxar, tak szczerze, to chciała, żeby jakiś bot wysłał jej głupie powiadomienie o zapłacie za abonament lub jakieś wróżki typu „wyślij sms-a za ileś-tam-pieniędzy, swoje imię oraz znak zodiaku, a wywróżę ci w zwrotnej wiadomości to, co cię czeka w tym tygodniu!”. 
Myliła się – to żadna nowość. 
Oczy dziewczyny rozszerzyły się w niedowierzaniu. Telefon z rąk spadł prosto na miękki materac. Nieszczęśliwie, bo komórka odbiła się i wylądowała na ziemi, przy okazji przyozdabiając ekran o małą pajęczynkę. 
— Po moim trupie! — wrzasnęła, budząc tym samym Canę w sąsiednim pokoju. — Cholera, w co ja się wpakowałam?! — Uderzyła się kilkakrotnie otwartą dłonią w czoło. Zakasała rękawy przydługiej koszuli, biegnąc jak przestraszona sarna do salonu, a dokładniej do okna w tamtym pomieszczeniu.


***


— Dlaczego zadzwoniłeś do mnie tak wcześnie? 
To było pierwsze pytanie jakie Loxar zadała brunetowi, kiedy dosiedli się do wolnego stolika w malutkiej kawiarence, która była „oblegana” jedynie przez okolicznych mieszkańców. Chociaż małego zainteresowania lokalem, to i tak trzymał dość wysoki poziom i standard. 
Loxar starała się być spokojna i wyciszona, ale szło jej to trochę opornie, przez co fizycznie może i siedziała naprzeciwko niego, ale mentalnie fruwała sobie w chmurach swoich myśli. Nie zauważyła nawet, że dziewczynka podeszła do niej i zaczęła ją szturchać zabawką w bok.
Gray natomiast przeszedł ogromne zdziwienie, które mieszało się z niejaką... fascynacją? Oj, chyba to było to. A raczej na pewno. 
Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to zachowanie starej koleżanki ze szkoły; zamiast uciążliwego jazgotu „Mój ukochany Gray!”, przywitała go – na pierwszy rzut oka – dorosła kobieta, o poważnym tonie głosu i wyczucia taktu, o ile taktem można nazwać słowa: „O kurwa”, kiedy jej wzrok powędrował na małą. Ale był postęp! Loxar nie rzuciła się na niego w celu zaściskania go lub, o zgrozo, zacałowaniu na śmierć. Przygotowywał się do takiej ewentualności i Yvonne posłużyłaby mu jako „mur” pomiędzy nim a Juvią. 
No co? Dużo osób lubi całować dzieci, a Juvia nie pogardziłaby tym na pewno. Tak myślał...
...by, gdyby to była stara Juvia. Teraz miał wrażenie, dość miłe, jakby rozmawiał z kompletnie obcą mu osobą. 
Pomijając zachowanie i sposób bycia, Loxar nie zmieniła się. Minęły te sześć lat, no może Juvia stała się wyższa, rysy twarzy zrobiły się bardziej dojrzałe, ale poza tym to... nic. Dalej była obdarzona przez naturę hojnie, włosy dalej tak długie jak dawniej i tak samo ułożone – lekko pofalowane jak morze. 
Zdał sobie sprawę, że on jak i jego rozmówczyni zamyślili się. On myślał o jej urodzie, a ona? Przyznał, że był całkiem ciekaw o czym mogła myśleć niegdyś jego stalkerka. I to jeszcze kiedy spotkali się po tylu latach „rozłąki”? 
— Akurat wtedy przyleciałem do Fiore — odpowiedział jej na wcześniejsze pytanie. Na dźwięk głosu mężczyzny, Juvia ocknęła się. — Tak jak mnie teraz widzisz, z małą na rękach i z podręcznym bagażem. Około siódmej rano byłem na dworcu goły i wesoły, biorąc pod uwagę fakt, że nie mam gdzie się podziać i co zrobić z tym całym bajzlem.
— „Bajzlem”? — Zdołała tylko o to spytać, bo nie chciała od razu zasypywać go pytaniami. Chociaż nie; bardzo chciała, ale wolała po kolei przyswajać nowinki. Z niezadowoleniem zauważyła, że zaczęło ją ściskać w żołądku. 
— Zbyt dużo opowiadać.
„Może po prostu nie chcesz o tym mówić?” — zauważyła trafnie Juvia w myślach. — „Coś podejrzewam, że to jedna z tych wiadomości, o których słyszeć bym nie chciała...”
— To może w takim razie powiesz mi... dlaczego przyleciałeś do Fiore, Magnolii? 
— To się wiąże właśnie z tym całym bajzlem. Ale jak już bardzo chcesz wiedzieć, to ci opowiem w dużym skrócie. Należą ci się wyjaśnienia.
Dziecko, które wcześniej kręciło się koło Loxar, z czystej ciekawości podeszło do innego stolika, łapkami chwytając do obrusu i ciągnąc go w swoją stronę.
Nim Fullbuster zdążył ocenić sytuację, Juvia z niebywałą prędkością znalazła się przy malutkiej dziewczynce, odciągając ją powoli od równoległego stolika. Na szczęście nie zdążyła nic przewrócić, zwalić na ziemię.
— Yvonne! — zreflektował się Gray, kiedy Loxar za rączkę przyprowadzała mu psotnika. — Nie można psocić w miejscach publicznch. Inni ludzie usiądą i co? Będą mieli nabałaganione — wytłumaczył spokojnie trzeciolatce, co zrobiła źle. 
— Yvo nie ciała... Psieplasam. — Yvonne zrobiła minę typowego szczeniaczka, który dostał karę. — Yvo gzecna jest!
— Tak, grzeczna. — Gray pozwolił sobie na ciche prychnięcie przesiąknięte rozbawieniem. Był tak zajęty dzieckiem, że nie zauważył Juvii, która sama śmiała się pod nosem. Niestety, uroczy widok szybko minął, gdy Loxar zdała sobie sprawę, że brunet ją obserwował. — Och, właśnie. Zapomniałem ci przedstawić Yvonne. To... wbrew pozorom nie jest moje dziecko. — Domyślał się, że dziewczyna pomyślała od razu o tym, spojrzawszy pierwszy raz na Yvonne. 
Juvii zapaliła się czerwona lampka nad głową. 
Skoro zajmował się teraz dzieckiem... Nie swoim w dodatku... To chyba dlatego wrócił do Magnolii. Ale Juvia czegoś nie potrafiła za nic zrozumieć – w ciąg tych sześciu lat Gray powinien ustatkować się w miarę. Znaleźć pracę, dom... Wychowywanie samemu dziecka nie jest łatwe, ale środki do życia powinny wystarczyć z obecnej pracy, z tego co udało mu się w ciągu tych lat napracować i uzbierać. 
Inną kwestią było to, skąd Gray miał to dziecko. Adopcja nie wchodziła w grę; był sam z tego co zdążyła wywnioskować po zdaniu „To... nie jest moje dziecko”. 
Wszystko cuchnęło na kilometr jakąś grubszą sprawą – czymś bardzo podejrzanym. 
Loxar nie pytała się o matkę Yvonne. Gray podpiąłby to pod „bajzel” i nic z siebie nie wykrztusiłby.
„Gray, naprawdę jesteś dupkiem! Nie myliłam się! Zamiast przyjechać, rozwiać moje wątpliwości odnośnie tego, co robiłeś za granicą, to jeszcze zasiewasz kolejne zmartwienia! Ale jeśli wziąć pod uwagę to, że nigdy nie brałeś mnie na poważnie... to nie musisz mi się tłumaczyć. No niby tak, ale dlaczego w takim razie zawracasz mi głowę?!”
— Miałeś mi opowiedzieć o tym bałaganie — Juvia ucięła rozmowę na temat dziecka. Myślała, że te obydwa tematy są ze sobą powiązane. — I powiedz mi prosto z mostu: dlaczego akurat do mnie się odezwałeś w tych kwestiach? Po co mi o tym wszystkim mówisz? 
Loxar zacisnęła dłonie na spódnicy. Wyprostowała plecy, bo nie mogła się tak spokojnie opierać o oparcie krzesła. 
Starała się kryć emocje, ale jak na złość obraz zaczynał jej się rozmazywać.
„Co za żenada” — Wytarła wierzchem dłoni oczy. — „Znowu przed nim pokazuje swoje słabości.”
— Juvia...
— Nie spałam dzisiaj za dobrze. — Było to pół prawdą i pół kłamstwem. — Oczy mnie rozbolały.
Fullbuster nie odezwał się, doskonale zdając sobie sprawę, że kłamała. Nie komentował tego w żaden sposób, ale zaświtało mu, że Loxar nie wyzbyła się wszystkich uczuć do niego.
Chyba, bo nie był do końca pewny. 
Zresztą, po co on wyciągał wnioski tak wcześnie? Po tylu latach zdążył zapomnieć co nieco o zwyczajach znajomych, a Loxar wydawała się najbardziej „inna”.
Może rzeczywiście brało ją zmęczenie...? W końcu zadzwonił do niej tak wcześnie rano. Pojawił się tak nagle, gdy kilka lat temu narobił trochę fermentu... No i miał zamiar prosić ją o przysługę, po tym jak całe liceum udawał, że była niczym więcej jak powietrzem.
— Opowiesz mi? Czy mogę już iść?
— Broń Boże. — Pokręcił głową, myśląc nad tym, co powiedzieć, a czego nie. Wbrew pozorom, to co miał zamiar z siebie wykrztusić było tylko niewielkim skrawkiem góry lodowej.
Yvonne przez ten czas zaczepiała Juvię, pytając się ją o imię. Słysząc dość kuriozalne brzmienie imienia, zamiast wołać „Juvia” lub coś bardzo zbliżonego do tego, dziewczynka jak katarynka powtarzała „Jia”. 
— Byłem świadkiem paru wypadków, jakby ktoś rzucił na mnie jakąś klątwę... To znaczy... Wszystko się działo w dość krótkim odstępie czasowym. Niedawno zostałem postawiony przed wyborem: wrócić do Magnolii lub z Yvo zamieszkać pod okolicznym mostem. Musiałem rzucić moje marzenia, cele i znajomych przez nieszczęśliwe zbiegi okoliczności. 
Jakby już nie stracił co niektórych znajomych. Nie było tu mowy o Loxar, ale o Natsu, Lucy, Gajeelu i reszcie...
Juvia chciała coś powiedzieć, ale brunet szybko jej przerwał.
— Tak. Wiem, wiem. Masz mnie za dupka do kwadratu. Jestem na sto procent pewny, że to przemknęło ci przez myśl, że... że o tym przez kilka sekund pomyślałaś, ale odrzuciłaś to od siebie, no bo kto miałby tyle godności w sobie, by po tym wszystkim prosić o coś takiego? Ale...
„Ale wiem, że się tylko ty się na to zgodzisz” - dopowiedział w myślach.
— …ale czy mógłbym u ciebie przemieszkać tak za dwa dni? Nim się spotkaliśmy, musiałem poszukać jakiegoś wolnego miejsca w hotelach. Udało mi się coś załatwić, ale, niestety, pieniędzy wystarczy mi na te dwa dni.
„Oho, znalazł głupią.” — Westchnęła Juvia, patrząc zmęczona na Fullbustera. — „Czego ja oczekiwałam? Że niby po co do mnie akurat dzwonił? Po przysługę... Jednak może... może zmieni o mnie zdanie, jeśli się zgodzę? Cana zabije mnie, jeśli zauważy ni stąd, ni zowąd w mieszkaniu bruneta. Na pewno dojdzie do małej wojny, ale... nie potrafię odmówić. Nawet jeśli jestem zła jak osa. Jak teraz! Tak, jestem zła! No ale... no ale... Szlag! Jestem pojebana. Będę tego żałować. Zresztą, już czuję na skórze konsekwencje związane z pomocą dla Graya.”
— Tylko na tydzień — miała zabrzmieć groźnie, pewnie, ale zamiast tego wyszedł jęk. — Nie na dłużej.
Gray uśmiechnął się.
— Tydzień mówisz... Postaram się coś szybko znaleźć, ale z pracą może być ciężej. Wiesz, jak to jest z tym rynkiem...
„Wiedziałem, że się zgodzisz. Jednak się nie zmieniłaś tak bardzo, jak sądziłem.”



Idiotka, idiotka, idiotka...
Po odbyciu „miłej” rozmowie i wypiciu kawy, znajomi zebrali się w celu opuszczenia lokalu. Pierwszy zrobił to Gray, prosząc Loxar także o to, by zapłaciła za wszystko, ponieważ „był spłukany”. Kobieta nie dość, że czuła się z braku asertywności opluta, to jeszcze w tak chamski sposób Fullbuster zostawił ją z rachunkiem. No niby w porządku, ona zaproponowała kawiarenkę, ale, na litość boską, powinien był wcześniej ją poinformować o tym, że zapłaci podwójnie.
Gray dalej oraz wyżej srał, niż dupę miał. 
Nosz kurwa, czy naprawdę Juvia żyła w przekonaniu, że brunet pokornie się pochyli, przeprosi ją za wszystkie wyzwiska, ostentacyjne unikania, plotki z czasów szkolnych? 
Była to wina Loxar; mogła odmówić? Mogła. 
Ale tego nie zrobiła. I zostało jej teraz pluć sobie w brodę.


***


Za oknem panowała totalna pustka; lampy oświetlały opustoszały chodnik, ulicę oraz pobliskie samochody. Żadnej sylwetki w pobliżu nie dało się odszukać wzrokiem, żadnego ruchu samochodów; kompletnie nic. Jakby zamieszkała przez Juvię i Canę dzielnica nagle stała się dzielnicą-widmem. Natomiast nie można było się dziwić; blok był w tej „spokojniejszej” części miasta, na pograniczu granic; czyli tam, gdzie psy zaczynały szczekać dupami, a w powietrzu czasem dało się wyczuć wiejską woń. Ponieważ tuż obok Magnolii, pod jej zarządami, za czasów dziada-pradziada-prapradziada wybudowaną malutką wioskę. 
Tylko że teraz to Loxar nie obchodziło; oczy prawie że, a przykleiłyby się do szyby, bo Juvia niemal chłonęła wzrokiem szkło jak i widok za nim. 
Juvia nie była przygotowana na tak... wczesną...? wizytę. No nie była, bowiem umawiała się inaczej z mężczyzną. 
Za dwa dni — Prychnęła. 
— Co jest, Juvia? Czemu tak wrzeszczysz? Co się, do jasnej anielki, dzieje?
Alberona jeszcze niczego się nie spodziewała; ot może Juvia dostała okresu i robiła z igły widły. A że szatynka była pod wpływem pewnej substancji zawierającej procenty, nie przejmowała się tym, że zachowanie przyjaciółki wskazywało na to, że kroiło się coś grubszego. Jakość przefiltrowanych danych przez alkohol, który nie zdążył się „odcedzić” w wątrobie, oraz późną porę, były na bardzo niskim poziomie. Do Cany trafiało tyle, ile wynosiło pi razy drzwi.
Na zegarze wybiła dość ładna godzina, jak na odwiedziny: trzecia. W sam raz by wpaść na kawkę lub herbatkę i nieproszonym pójść spać do cudzego łóżka.
Loxar już czekała przy drzwiach niczym jak posłuszny piesek. Jednak w przeciwieństwie do posłusznego pieska, Juvia wrzała ze złości i było jej najzwyczajniej w świecie wstyd przed pijaną przyjaciółką. Juvia zdążyła wydedukować, że Cana nie okazywała po sobie zachowań trzeźwych, toteż może nie zareagowałaby nazbyt agresywnie na wieść o tym, że Gray miał zamiar zrobić wizytę.
— Idź spać, Cana.
— Od rana zachowujesz się bardzo dziwnie. Widzę to. Nawet moje zapijaczone ślepia.
Cóż, Alberona pomimo sporej dawki alkoholu we krwi potrafiła płynnie mówić i nie jąkać się co słowo, co dla innych w takim stanie jest niemożliwe.
— J-ja... To znaczy się... — Juvia już dała znać po sobie, że coś nie pasowało. — No dobrze... Tylko nie bij mnie, dobrze?
— Wezmę młotek i ci wpierdolę. 
— Nawet tak nie żartuj! — Loxar była bliska płaczu.
— Przepraszam, przepraszam — Cana zaczęła machać dłońmi w obronnym geście. — Widzę, że jednak to nie okres jest tutaj problemem.
— Mówiłam, byś nie żartowała!
— No to mów, co się dzieje!
— N-no... Zaraz... k-ktoś przyjdzie...
Juvia nie zdążyła powiedzieć do końca tego, co chciała, gdyż przerwało jej pukanie do drzwi. Loxar z bijącym serduchem stanęła pomiędzy młotem a kowadłem; z jednej strony Gray za drzwiami, z drugiej Cana, której zrzedła mina, na dźwięk głosu zza ściany:
— Nie wygłupiaj się. Słyszę, że stoisz za drzwiami. Otworzysz mi, czy nie? Obiecuję, że wszystko wyja-...
Juvię wyręczyła szatynka, momentalnie wracając do stanu przed spożyciem alkoholu. Istny cud „alkoholowy”. Loxar była bliska dostania palpitacji mięśnia ssąco-tłoczącego. 
To nie tak, że Cana była przeciwko przenocowaniu znajomych. Ba, często pijana sama musiała spędzać noc u Lucy lub Dragneelów, ponieważ nikt nie palił się chęcią targania za sobą pijanej kobiety prawie-że-trzydziestoletniej. Alberonę porównywano do gry z ruletkę; albo wylosowało się bezproblemową Alberonę, skorą do momentalnego otrzeźwienia – jak w tymże przypadku – albo bywały dni, że jej poziom uporu zawstydzał osły i, hulaj dusza – piekła nie ma!, wierzgała, kiedy ktokolwiek był gotów odwieźć ją do domu. 
„Cholera, cholera, cholera! Za mało ci tej wódy kupiłam, Cana, do diabli!” — Juvia dostała odruchów paralityka, jak frontowe drzwi zaczęły, za sprawą szatynki, się otwierać.
Fullbuster, z małą Yvonne na rękach, wytrzeszczył gały. Zamrugał kilkakrotnie, stwierdzając głupio w myślach, że papierosy pomyliły mu się z marihuaną czy innym zielskiem. No bo, kiedy Juvia wysyłała mu adres sms-em zaraz po spotkaniu, to nie sądził, że zdąży się przefarbować i założyć soczewki. 
— Nie, chwila. To nie Juvia. — zauważył błyskotliwie. Alberonie na ustach cisnęło się westchnięcie z politowaniem. 
— Nie zgadłeś, Romeo — rzuciła zgryźliwie Cana. — Zrobiłyśmy sobie cosplay. Takie nocne hobby. 
Loxar stała na uboczu, będąc skora do ucieczki.
— O nie, nie, nie. 
Głos Cany uniemożliwił jej ucieczkę do pokoju. Błękitnowłosa zastygła w miejscu, pocąc się obficie jak mysz przy porodzie.
— To twój gość. — Zbliżyła jej się do ucha, szepcząc: — Jutro porozmawiamy o tym wszystkim. Teraz nie mam na to sił.
To zabrzmiało jak groźba matki na złe zachowanie dziecka, mówiąc mu, że porozmawiają sobie później w zaciszu domowym. Chociaż to niewiele się różniło, bo Juvia traktowała Canę niczym jak matkę w pewnych kwestiach. Ot, takie przywiązanie od wczesnego dzieciństwa. 
Alberona popchnęła Loxar w kierunku drzwi wejściowych, po tym poszła do swojego pokoju, zamykając się tam na klucz. Chyba po to, żeby nie słyszeć o tym wszystkim.
Juvia przełknęła ślinę, która była jak kamień. Z kurewskim poczuciem winy i zniesmaczeniem wobec siebie samej, spojrzała niechętnie na mężczyznę oraz dziecko.
Zapowiadała się ciekawa noc.



— Chciałbym ci to wyjaśnić...
— Kładź się spać.
Juvii nie było do śmiechu. Ba, to wszystko sprowadzało się do jednej, wielkiej komedii. Albo groteski. Jednakże nie była w stanie ocenić to wszystko w miarę logicznie, dlatego odłożyła to do jutra; do rozmowy z Caną, która prawdopodobnie będzie najcięższą rozmową w całym Loxarowym życiu.
Gray nie miał zamiaru kłócić się, i tak z bardzo wkurwioną, dziewczyną. W ciszy odprowadzał ją wzrokiem, aż ta nie zniknęła za futryną pokoju. Teraz to czuł na własnej skórze; tę upiorność, tę grozę i potępienie, jakie biło od wymęczonej z wrażeń Juvii. 
W sumie... był jej bardzo wdzięczny. Nie spodziewał się, że otworzy mu drzwi, że zezwoli na to, by wbrew umowie przyjść wcześniej i być na jej głowie. W środku nocy, trzeba dodać. 
Dlatego posłusznie położył się do łóżka, gdzie wcześniej została przytargana stara kołdra wraz z małą poduszką; to mu wystarczyło. 
Ale nie Juvii.
Bowiem Juvia wróciła do pomieszczenia z deską do prasowania. Dziewczyna położyła pośrodku przyrząd do prasowania tak, że oddzielał ich. Zadowolona z efektu, położyła się na wolnej połówce.
Tak, chyba było bardzo źle...

***

Od autorki: Przepraszam bardzo za ewentualne błędy - piszę to, gdy jestem chora i ciężko mi skupić się na wyszukiwaniu błędów. ;-; Nienawidzę jesieni, bo każdy siebie nawzajem zaraża. :/
Powiem tak; dość długi ten rozdział wyszedł jak na mnie. Mam nadzieję, że mi się tak utrzyma albo i będzie progress - jeszcze dłuższe, w co szczerze wątpię. xD 
Macie Juvię, macie Greya, macie Canę i macie zagadkową Yvonne. Reszta postaci się pojawi niedługo, obiecuję. <3 Tylko że też będzie i więcej tajemnic, ale to tylko podsyca i przez to są większe chęci do czytania, czyż nie? :3
I dlaczego, kurka-wiewiórka, mam wrażenie, że z akcją zapierdzielam jak galopujący koń? Czy tylko ja mam takie dziwne uczucie? ;_;

27.09.2016

00

„Gdy zmieniamy nasze myślenie, zmieniamy naszą rzeczywistość.”
Louise L. Hay

Arkadyjską ciszę przerwał dzwonek telefonu tak irytujący – z powtarzalną, infantylną melodią – i głośny, że martwego wybudziłby z grobu. Ba, umarlak sam wstałby i albo natychmiastowo odrzuciłby połączenie, albo od razu to urządzenie znalazłoby się na ścianie w kawałeczkach.
Bo, doprawdy, kto dzwonił nad ranem o szóstej czterdzieści osiem?
— Słucham — wyziewała Juvia, mlaskając głośno. — Juvia Loxar przy telefonie.
Już miała chamsko się dopytać „pali się, do cholery, czy co?”, ale kultura zwyciężyła.
Jednak ochota powróciła, kiedy odpowiedziała jej cisza.
— Och, jednak nie zmieniłaś numeru telefonu.
Na dźwięk zachrypniętego głosu w słuchawce, Juvii usta zaczęły drżeć.
— Halo?
— Ach, przepraszam, przepraszam — dziewczę zreflektowało się, że to ona teraz zamilknęła na dłużej. Jej głos był piskliwy i bardzo emocjonalny. Kawa mogła iść w odstawkę, bo Loxar czuła się jak po energetyku. — G-Gray... Czy to ty?
Przełknęła ślinę, przypominając sobie czasy liceum i ich ostatniego spotkania. Ojejciu, ile to już lat. Z sześć? Pomimo tak sporego kawału czasu, Juvia nie zapomniała słów Fullbustera na pożegnaniu. Były dla Loxar bolesne, jak potężny młot wymierzony prosto w jej kruche serducho.
I miał czelność teraz dzwonić?
Lucy – zapewne – poradziłaby jej powiedzieć mu soczyste „panie, pierdol się pan”, ale stara miłość nie rdzewieje nigdy – serducho dziewczyny dalej biło dla bruneta i w duszy głęboko czekała na moment, w którym jej rycerz na białym koniu z zagranicy powróci. Powróci i zapełni pustkę w jej sercu.
Cóż za ironia losu; ułożyła sobie życie – bądź co bądź dalej była sama, ale zdążyła już zapomnieć – i teraz zjawiał się nikt inny jak jej „była” miłość z czasów szkolnych. Jak na złość. Piękne uczucie rozdrapywania ran.
Ale, cholera, za dużo sobie wyobrażała. On może chciał się spytać, jak się miewała, czy może kogoś znalazła...
…I myślałaby tak dalej, gdyby nie przypomniała sobie, o której do niej zadzwonił.
Szósta czterdzieści osiem – no teraz szósta pięćdziesiąt jeden. Nikt normalny nie dzwoni o takiej porze w celach czysto rozrywkowych.
Miała złe przeczucia.
— Halo...?
— Gray — starała się brzmieć poważnie. Postanowiła postawić wszystko na jedną kartę. Może była infantylna, nie miała wyczucia czasu i ogólnie głową bywała częściej w chmurach niż w rzeczywistości. I też było tak dzisiaj; zaczynała drżeć jak osika, głos jej się łamał i już do oczu gromadziły się łzy. Ale w jednej chwili porzuciła wszelkie żale w kierunku Fullbastera. Zapragnęła się z nim spotkać. Teraz, dzisiaj, na wczoraj. — Co się stało? Nigdy do mnie nie dzwoniłeś. Nie do Juvii. Pamiętasz nasze ostatnie spotkanie? Nie chciałeś mnie zn...
Przerwała.
Pociągnęła nosem; Gray nic nie odpowiedział.
— Co się stało? — powtórzyła bardziej pewnie.
Rozmówca westchnął męczęńsko.
— Spotkajmy się. Masz czas jutro?
— Dzisiaj — zarządała.
— Niech będzie dzisiaj. Wyczekuj mnie tak koło jedenastej, dobrze? Kojarzysz to osiedle, gdzie mieszkali Strauss? Po drodze mi tam. I... przepraszam za porę, w której dzwonię. Wszystko ci wytłumaczę.
Juvia kiwała głową.
— To cześć.
— Cześć...
Z wielkim niedowierzaniem wpatrywała się jeszcze w wyświetlacz telefonu, ignorując fakt, że po chwili zgasł, ukazując artystyczne, białe smugi po palcach.
Nie mogła wyjść z szoku jakiego doznała; tyle myśli przewijało jej się w głowie, tyle pytań, na których nie było odpowiedzi. Przecież Gray nigdy z nią nie rozmawiał, oprócz pamiętnego wyjścia po zakończeniu nauki w ogólniaku. Juvia zaliczała się do tych „brzydkich” i „dziwnych”, co też automatycznie dyskwalifikowało ją, by zadawać się z kimś w hierarchii wyżej, a mianowicie – przykładowo – z Grayem.
Żal i smutek przeplatały się z nadzieją i ciekawością. Z jednej strony dalej trzymała ją przeszłość, a z drugiej niesamowicie interesowała ją sprawa Fullbustera.
Jednocześnie nie opuszczało ją dziwne, paskudne, przeczucie. Z niewiadomych przyczyn dostała aż gęsiej skóry. Zgoniła to na zmęczenie, ale w głębi duszy wiedziała, że nie to było powodem.



— Wychodzisz gdzieś? — Cana, opróżniając kolejną butelkę alkoholu, zerknęła w stronę Juvii. Ta zaś była zajęta ubieraniem na bose stopy sandałek w korytarzu. — Jeśli będziesz w sklepie, to kupisz mi coś do picia?
Loxar przewróciła oczami.
— Czysta czy jakaś cytrynkówka, wiśniówka...?
— Czysta.
Alberona dalej nie spuszczała wzroku od Loxar, która niemal cała się mieniła brokatem, pudrami i innymi szminkami. Była tak „odpicowana”, że szatynka szybko wyczuła z kim może jej współlokatorka się spotkać.
— Nie odpowiedziałaś mi na pierwsze pytanie.
— Nieważne — ucięła szybko Juvia. — Będę później; zadzwonię, jakby coś się działo.
Trzaśnięcie drzwiami musiało w tymże momencie zadowolić Alberonę, której szybko zazdrość minęła i zamiast niej zaczynały przychodzić bardzo niepokojące uczucia.
Ale cóż, nie była matką Loxar.
Wzruszyła ramionami, po czym na powrót sięgnęła po trunek.



Spóźniał się.
Loxar zaczynała się coraz obficiej pocić z nerwów z każdą minutą spóźnienia. Uczucie z dawnych czasów, mianowicie strach, powróciło do niej ze zdwojoną siłą – przynajmniej tak się dziewczynie wydawało. Od dawna się tak nie obawiała, nie stresowała, nie bała... Do teraz tamte odczucia były jej obce, ale jak na złość, sielanka trwać wiecznie nie mogła. 
Wraz z Grayem powracały niemiłe wspomnienia. A miała wszystko przed dziewiętnastką rzucić w cholerę i wszystko zacząć od nowa. Ale tak Loxar nie potrafiła...
Juvii powoli kończyła się cierpliwość, kiedy ponownie zerknęła na tarczę zegarka na jej lewej ręce. Dwadzieścia minut spóźnienia. 
„Nosz, kurka-wiewiórka, odezwij się, czy coś! Głupi sms-es, czy kij wie co.” — wrzeszczała w środku siebie, ciesząc się, że nie zaczęła tyrady na środku osiedla. — „Zjawiasz się tak nagle i każesz na siebie czekać?! Co za, delikatnie mówiąc, idio...”
Odchrząknęła.
„Opanuj się, Juvia.”
Juvia ponowne spotkanie z Grayem wyobrażała sobie kompletnie inaczej; dnia pewnego zostałaby zaczepiona – w sklepie, pod domem, w parku, nieważne – przez bruneta, po czym ten uklęknąłby przed nią i uderzyłby się trzy razy pięścią w pierś, wołając poważne „Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina, Juvio! Wybacz, że cię odtrąciłem. Byłem głupi, na studiach dopiero zmądrzałem, zebrałem pieniądze i o to wróciłem! Kocham cię, czy mi wybaczysz?”, a Juvia z dziką, zwierzęcą, satysfakcją swoim obcasem zrobiłaby mu ślad na czole. Tak niby przypadkowo. „Chyba śnisz, teraz jestem z kimś innym”. Były to tylko wyobrażenia, które nigdy nie miały prawa bytu wyjść poza umysł dwudziestopięciolatki.
No bo, kto to widziałby, żeby Gray takie oświadczenia wygłaszał, a Juvia z premedytacją odrzuciłaby go? Chyba w jakimś dobrym filmie komediowym zabarwionym dodatkowo o groteskę.
Loxar pamięta do dziś sytuację sprzed dwóch lat, kiedy temat zahaczył nieszczęśliwie o Fullbustera. Alberona zarzuciła Juvii, że ta dalej najchętniej rzuciłaby mu się w ramiona po tym wszystkim. Juvia natomiast, chroniąc swój honor, odpierała, że nigdy czegoś nie zrobiłaby tak głupiego, że dorosła i patrzyła na świat inaczej, niż parę lat temu.
I cóż, gdyby szatynka założyłaby się z Juvią o to, to właśnie Loxar przegrałaby z dniem dzisiejszym.
Juvia westchnęła i poprawiła swoje niesforne kosmyki włosów, które, pod wpływem wiatru, wchodziły jej do oczu. Rozejrzała się kilkakrotnie, uważnie obserwując obydwie strony ulicy. I nic; zero śladu po Fullbusterze.
Już miała ruszać powolnym krokiem w stronę mieszkania – bo siłą rzeczy nie potrafiła psychicznie przeczekać jeszcze z kilkanaście minut – jednak rozchodzące się echo krzyków powstrzymało ją.
— Juvia! Czekaj!
Loxar wiedziała, że źródło dźwięku biegnie za nią, niemal kuśtykając z przemęczenia i próbuje złapać dech. Dziewczę wahało się, żeby odwrócić się i skonfrontować wyobrażenie o Grayu z rzeczywistością. Żyła marzeniami, była bardzo uczuciowa i wrażliwa; ten dzień był naprawdę stresujący dla niej. W jednej chwili wszystko zrzuciło jej się na głowę i biedną duszyczkę. 
Co powinna zrobić? Jak się zachować?
Kobieta dalej stała w bezruchu, po prostu czekała na rozwój wydarzeń, chociaż najchętniej uciekłaby z tego miejsca, aż by się kurzyło za nią.
— H-hej — Sam się głupio czuł. Nie wiedział, jak zareagowałaby na jego oraz na to, co miał jej zaraz powiedzieć i spytać się. — No ten... — Zmieszał się, bo Juvia dalej stała plecami do niego. Domyślał się, że nie chciała go znać. — Wróciłem. I... nie wiem, od czego zacząć. Możemy gdzieś usiąść? To jest... długa historia.
„I spójrz na mnie, no” — warknął w myślach nie na Bogu Ducha winną Juvię, lecz na samego siebie. Że to wszystko się tak skończyło, a nie inaczej.
Juvii serducho zabiło, a na twarzy pojawiły się urocze rumieńce.
Nie pamiętała, żeby Gray miał taki delikatny głos.
Ale to głupie; zostawił ją i znajomych, po czym wraca jakby nigdy nic. Zapewne opowie jej o tym wszystkim, Loxar poudaje, że nic ją to nie obchodzi, chociaż prawda byłaby zupełnie inna. No ale... Jak wygada się, to poprosi o przysługę. Miała to paskudne przeczucie, które towarzyszyło jej od samego rana, kiedy Fullbuster rozłączył się.
I, kurwa mać, powinna za to dostać Nobla; za przepowiadanie przyszłości.
Bowiem na rękach bruneta siedziała sobie trzyletnia dziewczynka.
Juvia się domyślała, o co mogło chodzić.
— O kurwa — wyszeptała, na co mężczyzna zmarszczył pokornie brwi, paląc się ze wstydu niczym jak czarownica na stosie.